| 67 rocznica wyzwolenia Trzcińska-Zdroju - 2 luty |
|
|
|
| Wpisał: zwolin | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
Drugiego lutego 2012 roku mija 67 lat, kiedy do Trzcińska-Zdroju wkroczyły wojska radzieckie, oswobadzając liczną grupę przymusowych robotników, którzy trafili tu z różnych stron okupowanej przez Niemców Polski. Data ta również wyznacza początek nowego okresu w życiu miasta. Kończy się dominacja niemieckiej ludności w miasteczku, a zaczyna nowa, przejmowana przez wyzwolonych robotników i przybywających tu osiedleńców. ![]() Pierwszymi polskimi osadnikami w Trzcińska-Zdroju byli pracownicy przymusowi, zatrudnieni w tutejszych majątkach i gospodarstwach. Z czasem dołączali do nich osadnicy przybywający z różnych stron. Od początku maja 1945 roku przez miasto migrowali ludzie, którzy w czasie wojny znaleźli się w głębi III Rzeszy. Byli wśród nich jeńcy wojenni różnych narodowości, więźniowie obozów koncentracyjnych i obozów pracy. Wielu powracających z Niemiec Polaków nie miało, dokąd wracać a brak siły nie pozwalał na dalszą podróż, zatrzymywali się, więc w wyzwolonym mieście, nierzadko stając się osadnikami. Wspomnienia tych, którzy przybyli do Trzcińska-Zdroju, jako pionierzy tej ziemi, są doskonałym zasobem wiedzy o atmosferze tamtych dni, o tym jak się żyło, w jaki sposób starano się przetrwać, jak toczyły się losy ludzi, oraz jak się zmieniało samo miasto i jego okolice. Rocznica wkroczenia wojsk radzieckich do Trzcińska-Zdroju w lutym 1945 roku, jest okazją do przedstawienia wspomnień ludzi, którzy w tych wydarzeniach uczestniczyli. Niestety wielu z nich już niema pośród nas, a pozostawione przez nich wiadomości, są bardzo cennym źródłem wiedzy o tamtych czasach. W ubiegłym roku zamieściliśmy wspomnienia Jana Czerwca, który w miasteczku spędził pięć lat, jako robotnik przymusowy. Obecnie przedstawiamy reminiscencję pozostawioną przez Jana Kopanickiego(1907-2002), został on uwolniony tuż przed zakończeniem II wojny światowej z obozu jenieckiego gdzie spędził 5 lat, jako żołnierz kampanii wrześniowej 1939 roku. Wywiad z Panem Janem przeprowadziłem w 1996 roku. g.zwolin
"... Pod koniec kwietnia 1945 roku opuściłem niewolę, i pierwszego maja przybyłem do Trzcińska-Zdroju. Miałem na sobie tylko mundur z 1939 roku, w którym byłem w niewoli przez całą wojnę. W miasteczku było jeszcze pełno Niemców, byli także Polacy, wyzwoleni robotnicy przymusowi, którzy pracowali całą prawie wojnę u niemieckich „bauerów”. Od rodziny nie miałem żadnej wiadomości, pomyślałem, co będę tułał się po świecie, i postanowiłem tu w miasteczku wstąpić do milicji. Wstąpiłem razem z moim kolegą Antkowiakiem. Zamieszkaliśmy przy ulicy 9Maja, w poniemieckim hotelu (Gudeshotel), budynek tego hotelu już dziś nie istnieje a znajdował się zaraz za budynkiem apteki. W jego wnetrzu znajdowało się dużo pokoi, i piękna duża sala wyłożona parkietem. Tu byliśmy skoszarowani, było nas w sumie 19 milicjantów, tu była też stołówka. W stołówce gotowała matka pani Zaliszowej i pani Pawliczkowa. Nam, jako milicjantom przez 6 miesięcy nic nie płacili, pracowaliśmy tylko za żywność. Posterunek milicji znajdował się zaraz naprzeciwko hotelu, po drugiej stronie ulicy, dziś jest tam sklep. Nasza milicja podlegała pod rosyjską komendanturę, komendantura ta mieściła się w rynku „dużym”, w domu na rogu u wylotu ulicy Sojuszników, tu gdzie dziś mieści się nasze biuro zbowidowskie. Tam chodziliśmy się meldować przed rozpoczęciem służby. Otrzymaliśmy przepustki pisane w języku polskim i rosyjskim i rozpoznawcze opaski biało czerwone z napisem „milicja”. Posiadaliśmy broń, pepesze i mauzery, ja miałem mauzera. Zadaniem naszym było patrolowanie miasta wewnątrz murów obronnych, jak i poza nimi. Na patrole chodziliśmy przeważnie w nocy, rozpoczynaliśmy je o godzinie 22, Rosjanie liczyli czas obowiązujący u nich, więc godzina 22 była godziną 24. Ruscy nas często wysyłali na patrole na niebezpieczne posterunki i w niebezpieczne rejony poza miastem, nad jezioro, w okolice stacji kolejowej, tartaku, ogrodnictwa itp. Musieliśmy dobrze uważać, bo przyjeżdżało ze wsząd dużo szabrowników, którzy starali się rozgrabić pozostawiony przez Niemców majątek, załadować go na wozy czy samochody, i wywieźć z miasta w nieznanym kierunku. Opuszczone mieszkania były wyposażone w meble, zegary, maszyny do szycia, obrazy, po prostu, wszystko było, miało się takie uczucie, że jak by ktoś przed chwilą opuścił to miejsce. Osadnicy, którzy przyjeżdżali do miasteczka z zamiarem pozostania, zajmowali opuszczone domy i gospodarstwa a przy okazji starali się je doposażyć w przydatne i cenniejsze przedmioty, które znosili z porzuconych domostw. Pod koniec maja przyjechała do miasta jednostka polskich żołnierzy i dostaliśmy rozkaz wysiedlania Niemców. Wysyłano nas do domów, w których mieszkali jeszcze Niemcy, jednego milicjanta i jednego żołnierza. Chodziliśmy po tych mieszkaniach i wyznaczaliśmy im czas do zbiórki, było to trzy godziny. W przeciągu tych trzech godzin, musieli się spakować i zgłosić w miejscu zbiórki, czyli na „dużym” rynku przy ratuszu. Niemcy mogli zabierać, co tylko chcieli, nie było wyznaczone, co mają ze sobą zabrać. Zabierali dużo, przeważnie, pościel, ubrania, po prostu to, co przydatne i najcenniejsze. Gdy dana grupa zebrała się już na rynku, z walizkami tobołami i pełnymi wózkami, braliśmy wówczas taki transport i prowadziliśmy do Chojny. W Chojnie tych ludzi zdawaliśmy chojeńskiej milicji, a oni odtransportowywali ich dalej za Odrę. Kiedy żeśmy wracali z Chojny, przy drodze i po przydrożnych rowach leżało pełno gratów i tobołów, były to rzeczy, które Niemcy w czasie marszu porzucali, ponieważ droga była daleka a bagaż, który zabrali był za ciężki, więc to, co mniej wartościowe to pozostawiali. ![]()
Przygotowanie Niemców do opuszczenia miasta
![]()
Ładowanie dobytku
![]() Marsz w kierunku Odry
![]()
Porzucone zbędne rzeczy
Komendantem milicjantów był Homski, prawdopodobnie był on niemieckim żołnierzem, znał bardzo dobrze język polski i po wyzwoleniu przepisał się na Polaka. Pilnowaliśmy młyn przy ulicy Cmentarnej, żeby go ruscy nie rozkradli, bo ten przy dworcu kolejowym rozmontowali i wywieźli wszystkie maszyny. Zaraz za młynem przy ulicy cmentarnej przed cmentarzem po lewej stronie (tam gdzie Kruk mieszkał), Niemcy jeszcze przed wyzwoleniem, gospodarskie stodoły przekształcili w magazyny, było to chyba zaplecze frontowe z produktami dla wojska. Ruscy to odkryli i od razu zaczęli pilnować, były w tych magazynach ogromne ilości mąki, cukru, marmolady, margaryny i rozmaite inne produkty, nawet był owies prasowany w tabletkach, jako karma dla koni, te tabletki prasowanego owsa wyglądały jak suchary. Myśmy, jako milicja tych magazynów nie pilnowali, to wszystko pod sobą mieli rosyjscy żołnierze, a niemieccy jeńcy ładowali te zapasy z poszczególnych stodół na rosyjskie wojskowe ciężarówki i stopniowo te dobra wywozili. Tych niemieckich jeńców było 100, tam też nocowali. Miastu z tych zapasów ruscy nic nie dali. Kiedy pilnowałem ten młyn przyszedł komendant Homski i powiedział Emmie (Niemce, która była właścicielką tego młyna), że zauważył wśród tych pracujących obok, niemieckich jeńców, swojego „kamrata” z wojska i idzie się z nim zobaczyć. Poszedł tam, ale go ruscy nie dopuścili, więc tylko sobie pokiwali z daleka. Kiedy on tam był to Emma mi powiedziała, że Homski to Niemiec, później ci jeńcy niemieccy mówili też, że to gestapowiec. Któregoś dnia miałem służbę i byłem w ruskiej komendanturze, przyjechała tu z Góralic zapłakana Niemka ze swoją córką i opowiedziała komendantowi miasta, że jeden z rosyjskich żołnierzy zgwałcił i pobił jej nieletnią córkę. Komendant nie namyślając się długo wziął nas i ruski patrol i te dwie Niemki, kazał wsiąść do ciężarówki i pojechaliśmy do Góralic. Tam komendant zastał pijanego lejtnanta, sprawcę gwałtu i po konfrontacji ze świadkami zdarzenia wyprowadził go za stodołę i zastrzelił. W milicji byłem tylko sześć miesięcy, żeby się wypisać musieliśmy jechać aż do Koszalina, bo wówczas Koszalin był wojewódzkim miastem i tam był główny sztab milicji na ten teren. Wypisało się nas kilku i wróciliśmy z powrotem do Trzcińska-Zdroju. Na początku maja, jak tu przybyłem woda w mieście z kranów leciała, ale światła nie było, dopóki nie uruchomili elektrowni. Elektrownia ta mieściła się przy ulicy Chojnickiej, obok niej był też tartak. W elektrowni tej było duże dynamo z napędem parowym, jak przestałem być milicjantem to tam pracowałem z kolegą Załęgą. Po południu paliliśmy pod kotłem na zmianę, a kiedy się ściemniało uruchamialiśmy dynamo i w domach, które były zamieszkane, świeciło się światło. Ratusz w Rynku Rosjanie zaadaptowali na magazyn. Wewnątrz mieściły się składy spirytusu, lekarstw, konserw, wszystko tam mieli. Było to zapewne zaopatrzenie dla szpitali, których w mieście zorganizowano kilka. Kiedy w maju przyjechałem do miasta to prawie całe miasto było szpitalem wojskowym. Wszystkie większe budynki np. takie jak budynek szkoły, poczty i inne, były zaadoptowane na szpitale i zajęte przez rannych. W szpitalach tych leżeli żołnierze radzieccy i polscy. Lekarze zakwaterowani byli przy małym rynku, w budynku na lewo naprzeciwko poczty, on już dziś nie istnieje, jest tam pusty plac, była w nim „Spółdzielnia Las”. Rannych zwożono z frontu z nad i zza Odry. Ranni przebywali także w budynku na „Koziej Górce”, później Polacy przekształcili ten budynek na szpital zakaźny, leżeli w nim chorzy na tyfus, a w latach 50tych była tam szkoła zawodowa, dziś na jego miejscu stoi nowy budynek. Rannych rosyjskich żołnierzy, którzy zmarli w szpitalach od odniesionych ran chowano na cmentarzu, tam była taka specjalna kwatera, po lewej stronie, nie daleko tej kaplicy. Na rynku też były groby, było ich siedem. W roku 1952 ekshumowali wszystkie groby, tych z cmentarza później też zabrali, więcej ich tam leżało. Naszych chowaliśmy tam dalej gdzie dziś jest kwatera wojskowa, tam też żeśmy chowali milicjantów i ludzi z obozów. Gaweł, milicjant tam leży i nasz komendant Homski też tam pochowany, skaleczył się, zaniedbał i dostał tężca. Kancelaria Hitlera mieściła się przy ulicy Alei Wolności. Kancelaria i sąsiednie budynki były zbombardowane, sterczały tylko wypalone zgliszcza. Z opowiadań Niemców dowiedziałem się, że w Trzcińsku w czasie wojny był Gering. W czasie jego pobytu całe miasto było obstawione przez wojsko a mieszkańcom nie wolno było wychodzić na ulice i na ogródki. Gering był hrabią i wszystkie okoliczne majątki należały do niego, jego syn był pilotem i zbombardował jeden z majątków. Z niektórymi Niemcami się zaprzyjaźniłem, na ulicy 9Maja mieszkał Lejman, dobrym był tokarzem, Aleks Komorowski kowal mieszkał na ul. Kościuszki, na Dworcowej stolarz i inni. Często z tymi Niemcami rozmawialiśmy a nieraz wódkę piliśmy. Najlepszy spirytus był z gorzelni z Dobropola. Kościół w mieście był otwarty, księdza niemieckiego już nie było, we wnętrzu kościoła w koło były balkony, później je rozebrali na polecenie naszego księdza. Pamiętam takie zdarzenie, Jakubowski chciał brać ślub a tu niema księdza, więc musieliśmy coś wykombinować żeby było wesele. Ja miałem milicyjną przepustkę, wtedy bez takiego dokumentu było się trudno poruszać po terenie, bo przy wjazdach i wyjazdach do miejscowości były ustawione wojskowe posterunki kontrolne. Więc zaprzęgliśmy konie do wozu i pojechałem do Chojny po księdza, tam jeszcze był niemiecki ksiądz katolicki w tym małym kościółku, który został zbudowany przez Polaków emigrantów jeszcze przed wojną. Przywiozłem go, ślub się odbył i wesele też było. Jeszcze w 46 roku na tych terenach byli Niemcy i pracowali nie tylko w mieście, ale i po okolicznych majątkach. Podobnie jak wielu osadników i repatriantów przybyłych z różnych stron do naszego miasteczka i ja tu pozostałem, aż do dziś. G.Z. (Trzcińsko-Zdrój 1996) Odsłon: 299 | Drukuj | Email
Napisz komentarz
Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.3 Polska adaptacja - JoomlaPL.com Team |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|





































-pozdrawiam Piotr.